Turcja to w tej serii pierwszy kierunek, przy którym ludzie reagują nie „gdzie to jest", tylko „aha, tam się pływa gulet-em". I to jest właśnie nieporozumienie, które chciałem rozbroić. Gulety, czyli drewniane dwumasztowce z tureckich stoczni, to osobna, bardzo przyjemna kategoria wakacji — ale wybrzeże między Göcek a Kekovą jest jednym z najlepszych akwenów Morza Śródziemnego i pływa się po nim wszystkim. Sosna schodzi tu wprost do wody, zatok liczonych w dziesiątkach jest tyle, że w tydzień nie odwiedzisz nawet połowy, a na dnie leżą ruiny, przy których Chorwacja wygląda jak nowe osiedle. Tym razem jednostką była M/Y LA LA LAND — Sanlorenzo SL45 z 2023 roku, czterdzieści cztery metry i dwadzieścia siedem centymetrów: dwanaścioro gości w pięciu kabinach, dziesięcioosobowa załoga, beach club na poziomie morza, siłownia, jacuzzi i stabilizatory żyroskopowe. To jest największy jacht, jaki do tej pory w tej serii opisywałem, i powiem Ci od razu, że różnica między nim a dwudziestoczterometrowcem nie polega wcale na długości.
Dzień 1 Göcek i pierwszy wieczór w sosnach
Weszliśmy na pokład późnym popołudniem w Göcek — miasteczku, które właściwie jest jedną długą promenadą, sześcioma marinami i ścianą lasu sosnowego zaraz za nimi. Lotnisko w Dalaman jest czterdzieści minut stąd, więc logistyka jest nudna, i o to chodzi. Pierwszą rzeczą, którą się tu czuje, zanim się cokolwiek zobaczy, jest zapach: rozgrzana sosna i żywica, niesione z góry wieczornym zsuwem powietrza znad stoków. Nie ma tego nigdzie indziej na Śródziemnym w takim natężeniu. Wieczór wyglądał u mnie tak, jak wygląda zawsze: rufa, Aperol Spritz i patrzenie, jak port zapala światła — z tą różnicą, że tutaj między światłami masz czarną ścianę gór i nad nią gwiazdy, których w Monako od dwudziestu lat nie widziałem. Kucharz — bo na jednostce tej wielkości szef kuchni jest na stałe, nie „w pakiecie" — podał kolację na pokładzie: świeży lewrek z grilla, oliwa z Ayvalık, sałata z granatem i coś, czego nazwy nie zapamiętałem, a co było najlepszą rzeczą tego wieczoru.
Dzień 2 Zatoki Göcek, czyli dlaczego nikt stąd nie wypływa
Wstałem o świcie i zrobiłem to, co robię na każdym rejsie: kawa i flybridge. Zatoka Göcek o piątej rano jest jak tafla jeziora — dosłownie, bo jest zamknięta z trzech stron górami i o tej porze nie ma na niej najmniejszej zmarszczki. Woda odbija sosny tak dokładnie, że przez chwilę nie wiadomo, gdzie się kończy brzeg. To jest ten bezgraniczny spokój, po który się na te jachty wchodzi. Wyszliśmy po śniadaniu i przez cały dzień nie zrobiliśmy więcej niż dwanaście mil. Najpierw Wyspy Yassıca — grupa płaskich wysepek z płyciznami tak jasnymi, że kotwica na dziesięciu metrach jest widoczna z pokładu jak przez szybę. Potem Zatoka Bedri Rahmiego, nazwana od malarza, który w latach pięćdziesiątych przypłynął tu z uczelnianą wyprawą i namalował na przybrzeżnej skale wielką rybę — obraz jest tam do dziś i jest jedynym znakiem cywilizacji w promieniu kilometra. Na popołudnie przeszliśmy do Zatoki Hamam, gdzie pod powierzchnią leżą fundamenty rzymskiej łaźni; mówi się, że Kleopatry, co jest zapewne bajką, ale kamień jest prawdziwy i widać go z tendera. Żadnych skuterów, żadnych zabawek — po prostu leżenie i pływanie w ciepłej, lazurowej wodzie, która w sierpniu ma tu dwadzieścia siedem stopni i wychodzi się z niej wyłącznie na obiad.
Dzień 3 Gemiler o zachodzie
Trzeciego dnia wyszliśmy z zatoki na otwartą wodę i poszliśmy na południe wzdłuż brzegu. Minęliśmy Fethiye, potem Dolinę Motyli — wąskie, strome wcięcie w klifie, do którego z lądu praktycznie nie da się zejść, więc przychodzi się tam od morza albo wcale. Dalej jest Ölüdeniz, ta laguna z każdej tureckiej pocztówki; z wody wygląda zupełnie inaczej niż ze zdjęć, bo widać, jak wąskim językiem piasku jest odcięta od morza, i widać paralotnie schodzące z góry Babadağ jak stado. Ale dzień należał do wyspy Gemiler. To skalista wysepka kilka mil dalej, na której leżą ruiny czterech bizantyjskich kościołów z piątego i szóstego wieku, połączonych kamienną drogą procesyjną biegnącą przez pół wyspy w częściowo zachowanym, sklepionym korytarzu. To była jedna z pierwszych chrześcijańskich pielgrzymek Morza Śródziemnego — wielu uważa, że to tutaj, a nie w Demre, pierwotnie pochowano świętego Mikołaja. Weszliśmy tam późnym popołudniem i wracaliśmy do tendera już o zachodzie, kiedy kamień robi się pomarańczowy, a cieśnina między wyspą a lądem staje się zupełnie płaska. Noc spędziliśmy na kotwicy w tej cieśninie, a kolacja była na rufie: ośmiornica z rusztu i krewetki, które kucharz kupił rano w Fethiye.
Dzień 4 Na wschód, po lody do Kaş
Czwartego dnia zrobiliśmy jedyny dłuższy przeskok tego tygodnia — jakieś czterdzieści kilka mil na wschód, wzdłuż odcinka wybrzeża, gdzie góry Taurus wchodzą do morza bez żadnego przedpola. Brzeg jest tu pionowy przez wiele mil i praktycznie niezamieszkany; jedyne, co się widzi, to kozy na półkach skalnych i od czasu do czasu lycyjski grobowiec wykuty w ścianie klifu kilkaset metrów nad wodą. Po drodze stanęliśmy przed Kaputaş — plażą wielkości boiska, wciśniętą w wylot wąwozu, do której z drogi schodzi się kilkuset stopniami, a od morza po prostu się podpływa. Woda ma tam kolor, którego nie umiem opisać inaczej niż „nieprawdziwy". Na noc weszliśmy do Kaş: małego miasteczka, które jest jednym z najprzyjemniejszych miejsc na tym wybrzeżu — wąskie uliczki oplecione bugenwillą, w połowie z nich stoliki, a na środku rynku lycyjski sarkofag z czwartego wieku przed naszą erą, obok którego ludzie piją herbatę. I tu odbyliśmy obowiązkowy rytuał tej serii, ten, który w Saint-Tropez oznacza lody przy starym porcie: tutaj to dondurma, turecka lodziarnia z ciągnącymi się lodami z Maraşu, gdzie sprzedawca odgrywa z długą łopatką cały numer, zanim wreszcie odda Ci rożek. Wygląda to jak sztuczka dla turystów i jest sztuczką dla turystów, i nie widzę powodu, żeby sobie tego odmówić.
Na Adriatyku patrzy się na brzeg. Tutaj patrzy się pod wodę — i to jest cała różnica. — Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco
Dzień 5 Zatopione miasto
Piąty dzień to był ten dzień. Z Kaş do Kekovy jest dwanaście mil, więc poszliśmy tam wolno i weszliśmy wcześnie, zanim zrobił się ruch. Kekova to długa, pusta, skalista wyspa leżąca równolegle do brzegu i tworząca z nim osłonięty kanał, a wzdłuż jej północnego boku, tuż pod powierzchnią, leżą ruiny miasta, które w drugim wieku zsunęło się do morza podczas trzęsienia ziemi. Płynie się tam wolno, kilkanaście metrów od brzegu, i widzi się pod wodą to, czego umysł najpierw nie chce przyjąć: schody wchodzące w głębinę, prostokątne fundamenty, fragmenty ulicy, wykute w skale komory grobowe, do połowy zalane. Kąpiel na tym odcinku jest zabroniona i słusznie, więc się po prostu patrzy. Na końcu kanału jest Simena, po turecku Kaleköy — wioska bez drogi dojazdowej, do której można dotrzeć wyłącznie od wody, z zamkiem krzyżowców na szczycie i z lycyjskim sarkofagiem stojącym w morzu, kilkanaście metrów od brzegu, z wieczkiem wystającym nad powierzchnię. Weszliśmy na zamek pod wieczór — pół godziny po kamiennych schodkach między domami, gdzie babcie sprzedają chusty i świeżo wyciskany sok z granatów — i z góry, z maleńkiego teatru wykutego w skale, widać cały kanał, wyspę i nasz jacht stojący na kotwicy. Jeżeli w każdym odcinku tej serii jest jedno miejsce, o którym piszę „wielka magia", to w tym tygodniu było nim właśnie to.
Dzień 6 Dzień, w którym nic się nie działo
Szóstego dnia ruszyliśmy z powrotem na zachód, ale bez żadnego planu poza kąpielą. Zaczęliśmy od Gökkaya — labiryntu małych wysepek i przesmyków po wschodniej stronie Kekovy, z jaskinią, do której wpływa się tenderem — a potem po prostu szliśmy wzdłuż brzegu i stawaliśmy tam, gdzie kolor wody wyglądał obiecująco. Załoga rozłożyła beach club: platformę na poziomie morza, z której schodzi się do wody jak z pomostu, z parasolami, leżakami i barem. I tu wrócę do tego, co napisałem na początku — różnica między czterdziestoczterometrowcem a jachtem o połowę mniejszym nie polega na długości, tylko na tym, że przy dwunastu gościach jest dziesięcioro załogi. To znaczy, że nikt niczego nie organizuje, nie nosi, nie przestawia i nie prosi. Chcesz zjeść o wpół do czwartej, bo wtedy wyszedłeś z wody — jesz o wpół do czwartej. Ktoś ma ochotę na godzinę na siłowni, ktoś inny na masaż, a reszta chce leżeć na dziobie i nie rozmawiać — i wszystkie te trzy rzeczy dzieją się równolegle, bo jest miejsce i są ludzie. Zabawek na pokładzie jest tyle, że można z nich zrobić osobny artykuł: dwa skutery, trzy seaboby, deska elektryczna, flyboard, podwodne foile, pełen sprzęt nurkowy, rowery elektryczne. Wykorzystaliśmy jakieś dziesięć procent. Reszta dnia zeszła w wodzie.
Dzień 7 Powrót do sosen
Ostatniego dnia rano było tak samo jak przez sześć poprzednich: kawa na flybridge, morze jak tafla, góry jeszcze w cieniu i pierwsze słońce schodzące po zboczu w dół, aż wreszcie dotyka wody. Wyszliśmy spokojnie i szliśmy z powrotem na zachód bez pośpiechu, z jednym postojem na kąpiel, tak długim, że kapitan w końcu delikatnie zasugerował, że jednak chcielibyśmy dopłynąć. Ostatnie mile do Göcek to wchodzenie w tę zamkniętą, zieloną zatokę od strony otwartego morza — robi się coraz ciszej, coraz bardziej pachnie sosną, a góry domykają się za rufą. Zszedłem z pokładu LA LA LAND opalony, przesolony i z tą samą myślą, którą mam po każdym takim tygodniu: że najlepszych rzeczy z tego rejsu nie ma na żadnym zdjęciu. Sarkofag stojący w morzu jest. Zapachu sosny o świcie nie ma.
Ile to kosztuje i co warto wiedzieć
M/Y LA LA LAND — Sanlorenzo SL45, rocznik 2023, 44,27 metra, dwanaścioro gości w pięciu kabinach (trzy podwójne plus dwie przekształcalne), dziesięcioosobowa załoga ze stałym szefem kuchni i masażystką, beach club na poziomie morza, siłownia, jacuzzi, stabilizatory żyroskopowe — czarteruje się za 309 000 € za tydzień w sezonie wysokim 2026. Do tego dochodzi APA w wysokości mniej więcej trzydziestu procent stawki, czyli około 92 700 €. To nie jest opłata, tylko zaliczka na paliwo, prowiant, mariny i opłaty portowe, z której na koniec rejsu dostajesz rozliczenie co do euro, a nadwyżkę zwrot. Osobno liczy się podatek i opłaty portowe. Rozkładam to na czynniki pierwsze tutaj: czym właściwie jest APA, jak wygląda rozliczenie po rejsie i z czego składa się cały rachunek za czarter. Powiem wprost, bo w tej serii nigdy nie owijam liczb w bawełnę: tydzień na tej jednostce to rachunek grubo ponad czterysta tysięcy euro. Jednostka pływa latem po Śródziemnym — Monako, Riwiera Francuska, Ibiza, Grecja, Chorwacja, Turcja, Amalfi, Sycylia — a zimą po Karaibach, więc ta sama załoga i ten sam jacht robią w styczniu Bahamy i Wyspy Dziewicze.
Rzecz, której nie znajdziesz w broszurze: przy tej wielkości jednostki to nie cena tygodnia jest najtrudniejszą częścią rozmowy, tylko kalendarz i papiery. Trasa z tego dziennika to jakieś sto trzydzieści mil w tydzień — śmiesznie mało, bo Wybrzeże Turkusowe jest gęste i nie trzeba nigdzie pędzić. Ale czterdzieści cztery metry w tureckim sierpniu oznacza, że miejsc, w których można w ogóle stanąć przy kei, jest garstka, a większość najładniejszych zatok odwiedza się z kotwicy i tenderem, bo kadłub tam po prostu nie wejdzie. Do tego dochodzi to, o czym pisałem wyżej: bandera, zezwolenie na czarter w tureckich wodach i agent portowy — rzeczy, które trzeba potwierdzić przed rezerwacją, a nie po. I ostatnia, praktyczna: sierpień na tym wybrzeżu bywa upalny po trzydzieści pięć stopni z bezwietrznym popołudniem, więc jeżeli ktoś źle znosi gorąco, lepszy jest przełom maja i czerwca albo wrzesień — woda jest wtedy równie ciepła, a zatoki puste. Przy konkretnej jednostce i konkretnym tygodniu to ja sprawdzam bandery, zezwolenia, dostępne keje i prognozę, i to ja układam kolejność postojów tak, żeby nikt nie spędził połowy rejsu na manewrowaniu. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.
Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę?
LA LA LAND pływa latem po całym Śródziemnym, z Turcją włącznie, a zimą po Karaibach. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — sprawdzę dostępność, papiery jednostki i ułożę ten tydzień pod Was.
Zobacz ten czarter →To piętnasty odcinek serii „Dziennik z rejsu" — po Lazurowym Wybrzeżu, Balearach, Cykladach, Dalmacji, Sardynii, Wybrzeżu Amalfi, Korsyce, Sycylii i Wyspach Liparyjskich, Zatoce Sarońskiej, Archipelagu Toskańskim, Riwierze Liguryjskiej, Wyspach Jońskich, Kornatach z rzeką Krką i Malcie z Sycylią. W kolejnych odcinkach popłyniemy dalej — każda trasa ma swój własny rytm.