Osiem odcinków tej serii przepłynąłem na dużych, szybkich i flagowych jednostkach — od Pershinga na Lazurowym Wybrzeżu po zupełnie nowego Azimuta pod Etną. Za każdym razem ktoś pisał do mnie z tym samym pytaniem: „a da się to przeżyć taniej niż za siedemdziesiąt tysięcy euro za tydzień?". Da się. Ten odcinek jest właśnie o tym. EL PETAS to Ferretti 550 z 2022 roku — niecałe 17 metrów, sześć osób w trzech kabinach, dwuosobowa załoga: skipper i hostessa. Cała łódka mieści się w kwocie, za którą na Riwierze nie zejdziesz nawet na weekend. A trasa? Zatoka Sarońska — pięć wysp rozłożonych w łagodnym łuku pod Atenami, w miejscu, do którego meltemi, wiatr który latem tłucze Cyklady, prawie nie dociera. To jest ta cicha, cywilizowana Grecja: krótkie przeloty, osłonięte kotwicowiska, tawerny nad wodą i wyspa, na której do dziś nie ma ani jednego samochodu. Bazą jest Olympic Marina w Lavrio — trzydzieści dziewięć kilometrów od lotniska w Atenach, więc z samolotu na pokład wsiadasz tego samego popołudnia.
Dzień 1 Lavrio i świątynia w Sounion
Weszliśmy na pokład późnym popołudniem. Hostessa rozniosła bagaże po kabinach, skipper rozłożył na stole w salonie mapę Zatoki i EL PETAS cicho wyszła z Lavrio na zachód, pod Przylądek Sounion — niecała godzina drogi. Stanęliśmy na kotwicy dokładnie pod świątynią Posejdona: piętnaście białych marmurowych kolumn na samym skraju klifu, postawionych tam dwa i pół tysiąca lat temu jako pierwsza rzecz, którą starożytni żeglarze widzieli, wracając do Attyki. Pierwszy wieczór wyglądał tak, jak powinien: rufa, kieliszek Aperol Spritz i słońce schodzące dokładnie za kolumny, aż marmur na chwilę zrobił się złoty, a potem różowy. Kolację hostessa podała na pokładzie — świeże greckie owoce morza, ośmiornica z grilla i sałatka z pomidorów, które w tym kraju smakują jak zupełnie inne warzywo — do tego schłodzone białe assyrtiko. Siedzieliśmy tam długo po tym, jak z klifu zeszli ostatni turyści i zostaliśmy pod tą świątynią zupełnie sami.
Dzień 2 Egina i pistacje
Wstałem o świcie — to wciąż moja ulubiona godzina na wodzie. Zrobiłem sobie kawę i wyszedłem z nią na flybridge: Zatoka płaska jak tafla jeziora, kolumny Sounion różowiejące w pierwszym świetle, świątynia jeszcze bez żywej duszy, bezgraniczny spokój. Po śniadaniu przeszliśmy na zachód, przez środek Zatoki, i zakotwiczyliśmy najpierw pod maleńkim Agistri — sosny schodzące prosto do wody tak przejrzystej, że łódka rzucała cień na piaszczyste dno kilka metrów niżej. Popływaliśmy przed obiadem, a potem podeszliśmy pod Eginę, najbliższą Atenom z sarońskich wysp. Egina to pistacje — najlepsze w Grecji, z drzew rosnących na wulkanicznej ziemi wyspy — więc skipper zawiózł nas tenderem do miasteczka i wróciliśmy z torbą świeżo prażonych, jeszcze ciepłych. Kto chciał, pojechał w głąb wyspy zobaczyć doryjską świątynię Afai, jedną z najlepiej zachowanych w Grecji, stojącą samotnie w lesie pinii. Wieczór znów na kotwicy, znów ryba prosto z tawerny nad wodą, znów cisza.
Dzień 3 Poros i Zatoka Miłości
Trzeciego dnia zeszliśmy na południe, do Poros — wyspy oddzielonej od Peloponezu tak wąskim kanałem, że wpływa się nim jak rzeką, mijając miasteczko wspinające się białymi domami po zboczu, zwieńczone błękitną wieżą zegarową. Ale Poros to przede wszystkim woda. Zakotwiczyliśmy pod Zatoką Miłości — Love Bay, maleńką zatoczką osłoniętą sosnami, o wodzie tak turkusowej, że wygląda na podretuszowaną — i spędziliśmy tam pół dnia, robiąc dokładnie nic. Leżeliśmy i pływaliśmy w wodzie ciepłej jak wanna; nikt nie sięgnął po żaden gadżet, bo tej wodzie żaden skuter nie jest potrzebny, żeby była ciekawa. Po południu skipper zabrał chętnych tenderem na drugą stronę kanału, do Lemonodasos — „lasu cytrynowego", trzydziestu tysięcy drzew cytrynowych na zboczu Peloponezu, gdzie na końcu ścieżki jest stara tawerna podająca świeżą lemoniadę ze zbieranych tuż obok owoców. Kolację zjedliśmy na pokładzie, patrząc jak Poros zapala światła nad kanałem.
Dzień 4 Hydra bez samochodów
Czwartego dnia przeszliśmy na Hydrę i to była wyspa, na którą czekałem. Hydra jest inna niż wszystko, co znacie z Grecji, z jednego prostego powodu: nie ma na niej ani jednego samochodu. Żadnego. Nie z powodu przepisów turystycznych — po prostu nigdy ich nie wpuszczono. Towar wozi się osłami i mułami, które człapią po kamiennych uliczkach objuczone skrzynkami wody i walizkami, a jedyny dźwięk w porcie to podkowy na kamieniu i cumy skrzypiące o nabrzeże. Kamienne kupieckie domy wspinają się amfiteatrem wokół podkowiastego portu, wszystkie z tego samego szarego kamienia, bo Hydra dwieście lat temu była potęgą morską i te domy budowali kapitanowie, którzy dorobili się na morzu. Zakotwiczyliśmy, zeszliśmy na ląd i po prostu chodziliśmy — bez planu, bez samochodów, bez pośpiechu. Obowiązkowy przystanek: lody i migdałowe amygdalota w cukierni przy porcie, tak jak w Saint-Tropez obowiązkowe są lody przy starym porcie — tyle że tu je się je, patrząc na osły zamiast na Ferrari. Kolację zjedliśmy w tawernie nad samą wodą: świeżo złowiona barbunia i grillowana ośmiornica.
Dzień 5 Kąpiele pod klifami Hydry
Piąty dzień spędziliśmy w wodzie wokół Hydry. Wyspa nie ma klasycznych piaszczystych plaż — kąpiel na Hydrze to skok z płaskiej skały albo z drewnianego pomostu prosto do głębokiej, granatowej wody — i to jest właśnie jej urok. Podeszliśmy pod Vlychos i Kamini, dwie osady tuż za portem, gdzie schodzi się po kamieniach do morza tak przejrzystego, że widać dno kilkanaście metrów niżej. Pływaliśmy, wygrzewaliśmy się na rufie, znowu pływaliśmy. Ale najlepsze przyszło wieczorem. Bo Hydra po zmroku, kiedy ostatni prom odpłynie i wyspa zostaje tylko dla siebie, robi coś, czego nie robi żadne inne miejsce w tej serii: cichnie zupełnie. Bez samochodów nie ma silników, klaksonów, niczego — tylko latarnie odbijające się w porcie, stukot podków gdzieś w górze i morze. Siedzieliśmy na rufie długo w noc, w ciszy, i pomyślałem, że przepłynąłem w tej serii Portofino i Capri, i że Hydra po ciemku, oglądana z pokładu stojącego w tym kamiennym porcie, robi wrażenie wcale nie mniejsze. To był nasz Portofino tego tygodnia — tylko cichszy niż jakiekolwiek inne.
Można obwieźć klientów po najsłynniejszych wyspach Grecji i nie dać im tego, co daje jedna noc na kotwicy pod Hydrą, gdzie nie ma ani jednego samochodu i słychać wyłącznie morze. Czasem najlepszy luksus to nie prędkość i nie metry — to cisza. — Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco
Dzień 6 Elegancka Spetses
Szóstego dnia zeszliśmy na najdalej wysuniętą z sarońskich wysp — Spetses. Po drodze zakotwiczyliśmy w Zogerii, zielonej zatoce zamkniętej sosnowym półkolem, i popływaliśmy ostatni raz w tej wodzie, zanim podeszliśmy pod miasteczko. Spetses jest jak elegancka starsza siostra Hydry: samochody są tu dozwolone tylko dla mieszkańców, więc po miasteczku jeździ się dorożkami konnymi i skuterami, a stary port — Palaio Limani — otaczają rezydencje kapitanów i stocznie, w których do dziś buduje się drewniane łodzie tradycyjną metodą. Wyspa ma swoją historię: to stąd pochodziła Laskarina Bubulina, kobieta-admirał greckiej wojny o niepodległość, a jej dom nad portem wciąż stoi. Zeszliśmy dorożką do starego portu na aperitivo, obeszliśmy stocznie i wróciliśmy na pokład na kolację, bo po tygodniu na EL PETAS nikomu nie chciało się już szukać restauracji — najlepszy stolik i tak mieliśmy na własnej rufie.
Dzień 7 Spokojny powrót do Attyki
Ostatni dzień to zawsze mój ulubiony moment tygodnia i tym razem nie było inaczej. Ruszyliśmy spokojnie na północ, z powrotem w stronę Attyki, bez pośpiechu — kawa na flybridge, gładka poranna woda, wszyscy wyraźnie cichsi i wyraźnie ciemniejsi niż w Lavrio tydzień wcześniej. Minęliśmy jeszcze raz Poros i jego wąski kanał, pomachaliśmy błękitnej wieży zegarowej i weszliśmy z powrotem do Olympic Marina późnym popołudniem. Schodząc na ląd, układałem już w głowie, komu z klientów opowiem o Hydrze bez samochodów. Zwykle to znak, że wyjazd się udał.
Ile to kosztuje i co warto wiedzieć
EL PETAS — Ferretti 550, 2022, niecałe 17 metrów, 6 gości w 3 kabinach, dwuosobowa załoga (skipper i hostessa), klimatyzacja, tender z silnikiem zaburtowym do schodzenia na ląd i do plaż, do których nie da się podejść jachtem — czarteruje się od 26 600 € za tydzień, plus grecki VAT 12% i APA rzędu 9 300 € na tydzień (paliwo, wyżywienie, postoje w portach i to wszystko, co realnie zużywacie na pokładzie). To jest ta część serii, o którą najczęściej mnie pytacie: pełny, wygodny, w pełni obsadzony czarter luksusowego włoskiego jachtu, który mieści się w budżecie ułamka tego, co kosztuje flagowiec. Co dokładnie kryje się w tych pozycjach, rozkładam osobno: czym jest APA i z czego składa się rachunek za czarter.
I rzecz, której nie wyczytasz z żadnej oferty: Zatoka Sarońska to trasa, która daje najwięcej mniejszej, zwrotnej łódce z płytkim zanurzeniem i sterem strumieniowym, która spokojnie wejdzie w wąski kanał Poros i do osłoniętych zatoczek — a nie takiej, która potrzebuje głębokiej wody i dużego kotwicowiska. EL PETAS jest zbudowana dokładnie pod to. Ale ta sama trasa dobrana bez pomyślunku — zła wyspa na złą pogodę, zły tydzień na tłumy — potrafi minąć się z tym, co Sarońskie mają najlepszego. Rozstrzygnięcie, którą wyspę dać na który dzień i dla jakiej grupy, to dokładnie ta część, którą wnoszę. Mapę masz; przewodnika nadal warto mieć.
Chcesz przepłynąć tę trasę naprawdę?
EL PETAS bazuje w Olympic Marina pod Atenami — Egina, Poros, Hydra, Spetses i cała Zatoka Sarońska w zasięgu jednego spokojnego tygodnia, czterdzieści minut od lotniska. Napisz, kiedy i z kim płyniesz — ułożę ten tydzień pod Was.
Zobacz ten czarter →To dziewiąty odcinek serii „Dziennik z rejsu" — po Lazurowym Wybrzeżu, Balearach, Cykladach, Dalmacji, Sardynii, Wybrzeżu Amalfi, Korsyce i Sycylii. W kolejnych odcinkach popłyniemy dalej — każda trasa ma swój własny rytm.